"Po zmierzchu" ukazało mi Japonię w złowieszczej, niebezpiecznej odsłonie. Niby ten sam a jednak nieznany, obcy mi świat. Gdzie młode, słabe z natury siostry Mari i Eri Asai, oraz Takahashi student prawa, znajdują się jakby przypadkiem. Takahashi ma w nocy próbę zespołu jazzowego, wcześniej w całodobowej restauracji natrafia na Mari. Ta nie potrafi zasnąć ponieważ jej siostra Eri piękna, dwudziestojednoletnia modelka, śpi od dwóch miesięcy, snem niepokojącym, głębokim. W jej pokoju samoczynnie włącza się telewizor, a w nim pojawia zamaskowany mężczyzna. Typ gapi się w śpiącą Eri, jakby chciał ją pożreć. Wszystko obserwujemy razem z narratorem za sprawą mobilnej kamery. To jednak dopiero początek ciekawej, onirycznej, pełnej symboliki powieści.
Akcja dwustu-stronicowej powieści, mego ulubionego japońskiego pisarza zgodnie z tytułem toczy się w nocy. Zaczyna przed północą a kończy o siódmej rano, w Tokio.
To dojrzała i trudna w odbiorze lektura, jednak gdyby się dłużej zastanowić, można by odnaleźć w symbolach ukryte znaczenia. Postacie poznajemy przede wszystkim na podstawie tego co o sobie opowiadają. Są przekonująco naszkicowane za pomocą dialogów i swego zachowania. W pełni wierzyłem w Tokio nocą w wykonaniu jego mieszkańca. Zwięźle przybliżona przestrzeń posiada wystarczającą głębię. Jednocześnie dzieją się tu rzeczy sprzeczne z logiką, w które trudno uwierzyć. Mimo to na świeżo czytając, ufałem każdemu skreślonemu przez Harukiego Murakami słowu, odnajdując w nim głębsze znaczenie.
Polecam tę mądrą i piękną powieść. Stawiam 9/10.