Wciąż jestem oczarowany, kunsztem prowadzenia pióra jakim napisano tą dość krótką przygodę Sherlocka Holmesa. Jednakże klimat "Sześciu popiersi Napoleona", nie zniewala tak jak to już nieraz bywało z utworami tego cyklu.
Z każdym kolejnym kryminałem Arthura Conana Doyle'a, mój zachwyt nad jego twórczością spada. Może to przez brak prawdziwego śledztwa, podejrzanych, tajemnic, które zawładnęły by moją uwagą. Zaprzątały myśli podobnie jak te u Agathy Christie. Wszystko rozwiązuje za nas "genialny" detektyw. W jego geniusz także zaczynam wątpić.
Tym razem klasyk ze Szkocji wymyślił nader zgrabną historię. Każdy element układanki się ze sobą zgadza, a po skończonej sprawie, wszystko zostaje dokładnie omówione. Skromnie choć wystarczająco przybliżonym z charakteru postaciom wierzyłem. Oryginalnej fabule już mniej.
Akcja opowiadania jak zwykle toczy się w Anglii, szczególnie w Londynie przy Baker Street.
No cóż raczej polecam ten lekki kryminał, stawiam 7/10.
Inspektor Lestrade ze Scotland Yardu powiadamia Holmesa o pozornie trywialnej sprawie dotyczącej zniszczonych popiersi Napoleona. Jedno z nich zostało rozbite w sklepie Morse'a Hudsona, dwa pozostałe, które zostały sprzedane doktorowi Barnicotowi, ktoś rozbił przed jego domem, a do biura włamano się. Niczego poza popiersiami nie skradziono. We wcześniejszym przypadku popiersia wyniesiono na zewnąt...