Prawie pięciuset-stronicową niepozorną, niby prostą ale bardzo mądrą powieścią zatytułowaną „Życie Violette” zaczynam przygodę z twórczością francuskiej pisarki Valerie Perrin.
Z początku w prowadzenie pióra wkradał się chaos lecz z biegiem stron wydobywała się struktura i ład. Wtedy wydawało się że autorka nie będzie miała czym zapełnić tak sporej książki. Jakże się myliłem Pani Valerie na kartach powieści zapisała jeszcze mnóstwo bardzo ciekawych wątków. Jest to utwór konkretny i mocny, wiele mówiący o życiu i śmierci, o ich nierozerwalnym współistnieniu symbolizowanym przez tytułową Violette.
Protagonistka jest dozorczynią cmentarza na południu Francji. Gdy ją poznajemy pracuje tam już bez męża, którego w ciągu pożycia interesowało jedynie jej ciało. Pewnego dnia wyjechał na swoim motorze i już nie wrócił. Wcześniej Violette pracowała na przejeździe kolejowym. Mąż jedynie zrobił jej dziecko i jeździł do kochanek. Violette Toussaint, z pieczołowitością dba o „Ogród dusz” jak go tam nazywają. Mimo że jest sierotą cieszy się życiem.
Każdy z 94, krótkich rozdziałów opatrzony jest ciekawą myślą lub cytatem. Trudny temat śmierci, przeciwważy świetne poczucie humoru i pogoda ducha bohaterów.
Znakomitej powieści stawiam 9/10.
Wielka pochwała radości z małych rzeczy.
Bajkowe krajobrazy Burgundii, opowieści o życiu snute na cmentarzu, śmiech i łzy, które mieszają się z pachnącą kawą.
Życie i jego różne odcienie.
I niezłomna wiara w szczęście. Mimo wszystko.
Niezwykła historia zwykłej kobiety, którą los zaprowadził do miejsca zapomnianego przez większość ludzi. Kobiety, która chce na nowo rozkwitnąć – jak kwiaty, który...