Powieścią opartą na doświadczeniach wojennych o tytule "H.M.S. Ulisses" zaczynam literacką podróż z twórczością Alistaira MacLeana.
Akcja toczy się podczas II Wojny Światowej, a tytułowy H.M.S. Ulisses to krążownik typu Dido (nazwa kojarzy mi się jedynie z wokalistką). Stu trzydziesto-metrowy statek był opancerzonym i bardzo szybkim niszczycielem, ochraniającym inne okręty np. transportowce. W trwającej tydzień podróży miał dotrzeć do Murmańska razem z eskortowanymi jednostkami.
Szkocki autor w debiutanckiej powieści, opisuje cierpienia marynarzy znając je od podszewki, sam służył na okręcie takiego typu. Prawie tysięczna załoga skazana była na bezsenność, przenikliwe mrozy, ciągły strach, fizyczne wyczerpanie a nawet głód.
Co chwilę potykałem się o specjalistyczne słowa i zwroty. Przez co niektórych scen nie mogłem sobie w pełni wyobrazić. Twórca nie dbał o zwięzłość, zasypywał czytelnika gradem słów nie posuwających akcji nawet o milimetr.
Postacie przypominają żywych ludzi, przekonują do prawdziwości fabuły. Być może autor uformował je na podstawie osób, które znał. Dialogi także brzmią przekonująco, wlewają nieco życia w niemrawą akcję.
Jako czytelnik ceniący zwięzłość formy odradzam tę nieatrakcyjną trzystu-stronicową powieść. Stawiam 6/10.
Okręt widmo, prawie legenda. "Ulisses" był nowym okrętem, lecz się postarzał w rosyjskich konwojach i na arktycznych patrolach. Był tam od pierwszej chwili. Nie znał innego życia. Początkowo działał w pojedynkę, eskortując statki lub grupy złożone z dwóch, trzech frachtowców. Później współdziałał z korwetami i fregatami, a obecnie nie ruszał się bez swojej eskadry 14 Grupy Lotniskowców Osłonowych....