Kirke 🇬🇷 Madeline Miller
Kirke długo nie wiedziała, kim jest. Urodziła się wśród bogów, lecz była dla nich zbyt mało potężna. Zbyt mało piękna. Zbyt mało okrutna. Wszyscy myśleli, że nie ma żadnej mocy. Lecz kiedy spotkała pierwszego śmiertelnika, stało się jasne, że drzemie w niej siła, która może zagrozić wszystkim bogom. A wtedy zaczęli się bać.
Moja ocena: 5/10
Najbardziej brakowało mi równowagi w tej powieści. Główna bohaterka jest zbyt ludzka, wrażliwa i słaba, jej najbliżsi są zbyt boscy, nieczuli i wyniośli. Wydarzenia niewiele znaczące opisywane są długo i szczegółowo, a te o wielkiej wadze, decydujące o losach dziewczyny rozgrywają się błyskawicznie. Kirke jest rozchwiana, raz użala się nad sobą, raz potrafi sterować swoim losem. Ciężko czytelnikowi się w tym odnaleźć, czułam się jak na huśtawce.
Brakowało mi również świeżości. „Galatea” była niesamowita, artystyczna, ze świetnym pomysłem, „Pieśń o Achillesie” odwróciła perspektywę, zaproponowała odbiorcy coś nowego, a „Kirke”… jest poprawna, bez żadnych zaskoczeń. Z czasem zaczęłam wierzyć w opinię boskiej rodziny bohaterki, którzy uważali Kirke po prostu za nijaką i nieudaną krewną. Naiwność głównej bohaterki i wspomniane przeze mnie popadanie ze skrajności w skrajność mogą irytować.
Polecam miłośnikom mitologii greckiej i kobiecej literatury, może dojrzycie tam coś, co ja przegapiłam.