Jak trwoga, to do pisania

Recenzja książki Teoria opanowywania trwogi
Po dość spektakularnym zwolnieniu z pracy, Borys przypadkowo spotyka swoją byłą dziewczynę, Anetę. Minęło już wiele lat, odkąd ostatnio się widzieli, ale coś, jakby wspomnienie dawnej relacji, sprawia, że Nieta najpierw zaprasza Borysa do mieszkania, a następnie prosi go, by towarzyszył jej podczas pogrzebu ojca. Jako że mężczyzna nie ma aktualnie żadnych perspektyw na życie, zgadza się, nie mając pojęcia, że ta osobliwa przejażdżka stanie się przede wszystkim podróżą do przeszłości i w głąb ludzkiej psychiki.

Nie będę kłamać: do sięgnięcia po tę książkę skłonił mnie oczywiście fakt, że napisał ją Tomasz Organek. Ponieważ lubię tworzoną przez niego muzykę, byłam bardzo ciekawa, czy to rzeczywiście taki człowiek-orkiestra, co to i dobrze zaśpiewa, i stworzy porządną powieść. Co prawda nie przepadam za fenomenem, jakim od kilku lat jest masowe wydawanie książek przez osoby znane z zupełnie innych dziedzin, ale przecież kto powiedział, że można być dobrym tylko w jednym? Poza tym zakorzeniło się we mnie przekonanie, że Organek ma wiele do powiedzenia, nie tylko poprzez muzykę, więc może rzeczywiście literatura jest odpowiednim rozwiązaniem. Po przeczytaniu nie jestem tego w stu procentach pewna, jednak nie mówię „nie”.

„Teoria opanowywania trwogi” to przede wszystkim powieść bardzo nierówna. Ma sporo mocnych, uderzających fragmentów, po których niestety następują zdecydowanie słabsze, gdzie uwaga czytelnika się rozprasza i trudno zebrać ją z powrotem do kupy. Ogólnie nie jest to książka pochłaniająca od pierwszych stron, można wręcz powiedzieć, że na początku trzeba zacisnąć zęby i jakoś przebrnąć, zanim coś faktycznie „zaskoczy”. Przez jakieś 80-90 stron miałam właściwie wrażenie, że akcja stoi w miejscu – albo raczej, jakby w ogóle jej nie było. Na szczęście z czasem wydarzenia ruszają do przodu i narracja ostatecznie zaciekawia, co utrzymuje się z przerwami do samego końca.

Myślę, że głównym problemem jest tutaj specyficzny styl. Skojarzył mi się on nieco ze „Ślepnąc od świateł” Żulczyka, tyle że Żulczyk pisze zdecydowanie bardziej płynnie i obrazowo. Organek lubuje się w licznych, naprawdę licznych dygresjach; sposób rozumowania głównego bohatera wędruje czasem w tak dalekie od właściwej fabuły rejony, że można niemalże zapomnieć, co się właściwie dzieje z Borysem i Anetą. Nie oczekiwałabym zatem tutaj porywającej, pełnej zwrotów akcji, bo gdyby tak zabrać te wszystkie przemyślenia i zostawić jedynie „goły” ciąg wydarzeń, to niewiele by tego zostało. Te refleksje są też czasem abstrakcyjne, niemal absurdalne, naszpikowane dość niecodzienną metaforyką czy porównaniami. Przyszło mi nawet do głowy, że może Organek powinien spróbować swoich sił w poezji (jeśli już tego nie zrobił), bo nawet teraz dałoby się z „Teorii...” wyciągnąć spore fragmenty, które odpowiednio podzielone na strofy i wersy, stworzyłyby naprawdę przyzwoite, intrygujące wiersze.

Niemniej, nawet jeśli ta dygresyjność bywa męcząca, ze stylu wciąż wyziera ogromna błyskotliwość autora i jego poczucie humoru (czasem wyjątkowo czarne, ale jednak). Ponadto nie mam wątpliwości, że Organek jest bardzo oczytanym człowiekiem, który w swoim literackim debiucie świetnie operuje najróżniejszymi nawiązaniami. Niektóre są oczywiste, właściwie zostawione na wierzchu, inne trzeba wypatrzeć. Mnie osobiście przekonywały te wszystkie odniesienia, ponieważ zazwyczaj pojawiały się w idealnych momentach i znakomicie puentowały historię.

Poprzez postacie Borysa i Anety, autor dokonuje poniekąd diagnozy współczesnego człowieka, ocenia jego słabości, próbuje przewartościować to, co już znane i wydawałoby się pewne. Nie ma co ukrywać, to nie jest zbyt optymistyczna powieść. Wiele z tego, co przydarza się bohaterom, nie należy do najprzyjemniejszych, a przede wszystkim ich relacja jest bardzo skomplikowana, żeby nie powiedzieć dziwna. Organek całkiem nieźle uchwycił tę niezręczność między nimi, ten dystans, a jednocześnie zdumiewające poczucie bliskości i więź. Co prawda muszę się tutaj przyczepić do dialogów, bo to w nich czasem uderzała nienaturalność języka; nie jestem przekonana, czy prawdziwi ludzie rzeczywiście rozmawiają ze sobą w ten sposób. Ogólnie styl pisania autora miejscami jest zbyt „napuszony”, na siłę filozoficzny – a zupełnie nie było takiej potrzeby. Narrator dość trafnie punktuje niektóre rzeczy i naprawdę nie potrzeba tu było sztucznej podniosłości czy dramatyzmu, by to uwypuklić.

Do tego stylu można się przyzwyczaić, i moim zdaniem warto to zrobić, bo to, co dzieje się w książce później, robi wrażenie. Od momentu, kiedy bohaterowie przyjeżdżają wreszcie do domu Anety, obraz rodziny tej kobiety, jej dzieciństwa, relacji z rodzicami był czymś, co mocno uderzyło w moją wrażliwość. Było w tym coś przejmująco smutnego i na szczęście w tym przypadku narrator – przemawiający z perspektywy Borysa – raczej powstrzymywał się od nadmuchanych od środków stylistycznych komentarzy. To zresztą nie wymagało dodatkowych uwag. A skoro już o narracji mowa, jest taki jeden moment, gdy przechodzi ona z pierwszoosobową we wszystkowiedzącą. Nie do końca spodobało mi się to zagranie; wiadomym było, że autorowi zależało na pokazaniu sceny, w której Borys nie uczestniczył, ale uważam, że dało się to poprowadzić inaczej i tym samym uniknąć zupełnie niespodziewanej zmiany narratora.

Choć może nie powinno tłumaczyć się mankamentów książki argumentem „to był pierwszy raz”, sądzę, że jak na debiut, to Tomaszowi Organkowi poszło całkiem nieźle. Jeśli autor wyciągnie lekcję z krytyki, to może jeszcze zawojować rynek wydawniczy. Na pewno dostrzegam tutaj spory potencjał literacki i przy odrobinie pracy można z tego coś wyrzeźbić. Byleby w bardziej przystępnym dla czytelnika, mniej górnolotnym stylu.

rude-pioro.blogspot.com
Dodał:
Dodano: 12 VI 2019 (5 dni temu)
Komentarzy: 0
Odsłon: 11
[dodaj komentarz]

Komentarze do recenzji

Do tej recenzji nie dodano jeszcze ani jednego komentarza.

Autor recenzji

Imię: Julia
Wiek: 25 lat
Z nami od: 13 II 2016

Recenzowana książka

Teoria opanowywania trwogi



Borys ma 39 lat i od dawna tkwi w poczuciu bezsensu i stagnacji. Właśnie stracił pracę, na której nigdy mu nie zależało. Zupełnie przypadkiem spotyka Anetę – swoją największą, nigdy nie spełnioną miłość, którą nie bez powodu nazywał zawsze „Nieta”. Spotkanie doprowadzi do wspólnej podróży – ta może okazać się ucieczką – od poczucia beznadziei, monotonii życia, od pracy, która ich nuży, nieudanych...

Ocena czytelników: 4.5 (głosów: 2)
Autor recenzji ocenił książkę na: 4.0