START zamknięty Konkurs: Pół świata z plecakiem i mężem

BARMAN2005 | Utworzono: 16 II 2013, 11:03:45 (ponad 7 lat temu)
Wydawnictwo Bernardinum jest sponsorem nagrody: "Pół świata z plecakiem i mężem" - Danuta Gryka.

Więcej informacji o książce:
http://www.webook.pl/b-42340,Pol_swiata_z_plecakiem_i_mezem....

Zasady konkursu:
- Do wygrania są 3 egzemplarze książki: "Pół świata z plecakiem i mężem" - Danuta Gryka.
- Zadanie konkursowe: Opisz swoją najciekawszą podróż jaką dotychczas odbyłeś.
- Konkurs trwa od 16.02.2012 do 01.03.2013 włącznie.
- W konkursie mogą brać udział tylko osoby mieszkające na terenie Polski.
- Po wyłonieniu laureatów otrzymają oni email o wygranej. Jeśli w ciągu 3 dni laureat nie potwierdzi chęci odebrania nagrody przepada ona na rzecz innej osoby lub organizatora konkursu.
Odp: 13, Odsłon: 5508, Ostatni post: ponad 7 lat temu przez koshi

Odpowiedzi do tematu

Wszystkich odpowiedzi: 13

kamilka257 | 16 II 2013, 14:58:03 (ponad 7 lat temu) +3 -0 | 1#
"Z pamiętnika podróżnika” aka powrót z Laponii

Chciałabym Wam opisać moją podróż powrotną z kraju Św. Mikołaja, którą odbyłam w grudniu 2012 roku

W noc przed wyjazdem moja współlokatorka stwierdziła, że nie chce jej się szukać kluczy i obudziła mnie koło godz. 3. waleniem do drzwi. Z racji nadchodzącej podróży czekały mnie 2 doby bez snu, a dzięki niej były to już 3 doby (wybrałam taką opcję, z racji ceny bezpośredniego Finnaira - 880EUR, tyle dałabym gdyby zaparkował pod moim domem, a pilotowałby Matt Bomer).

Po dotarganiu się na dworzec z 27-kilowym bagażem (taksówki tam też nie są najtańsze, a więc: piechotka!) zobaczyłam mój pociąg stojący na peronie i załadowałam się z całym majdanem do środka. Mimo, że Rovaniemi to koniec świata i jeżdżą tam dwa pociągi dziennie (rano i po południu), więc niemożliwe bym wsiadła do nieodpowiedniego (poza tym wszyscy mówili, że "tak, tak, jedzie do Tampere") ciągle bałam się, że wywiezie mnie na inny koniec świata, gdzie umrę z mrozu i głodu, a moje ciało rozszarpią rosomaki. Na szczęście szybko pojawił się konduktor, który mnie uspokoił, że jadę w dobrym kierunku. Koło 3. w nocy wtoczyliśmy się na dworzec w Tampere. Mając około 1,5 godz. do kolejnego pociągu, postanowiłam pozwiedzać (ciągnąc za sobą te 27kg bagażu...). Pierwsze co zobaczyłam po opuszczeniu budynku dworca to około 30-metrowa kolejka ludzi, podjeżdżająca taksówka za taksówką i zabierająca po jednym człowieku. Dalej, w centrum, wydawało mi się, że było w środku nocy więcej ludzi niż w warszawskim Śródmieściu w południe! Powróciwszy na dworzec, doczekawszy się na pociąg, ruszyłam dalej, do Turku, skąd wylatywał mój WizzAir. Po spędzeniu około 7 godzin na lotnisku (dziękuję architektowi za dostępne gniazdka z prądem i zarządowi za opłacanie WiFi), usłyszałam polską mowę, której treść lekko mnie zaniepokoiła: "To nie ten terminal, Wizz odlatuje z B". Na szczęście był jeszcze czas na dotarganie się do owego terminalu.

Chcielibyście odprawy, która by, nomen-omen, od-prawa nie odstawała? Polaki, bez żartów - wyskakiwać z ciuchów w baraku z blachy falistej (niektórym kazano ściągać nawet buty), który niektórzy nazywali terminalem. Stojąc w kolejce do bramki, w której byłam druga (byłabym pierwsza, ale pewien inny Polak chyba też słuchał Wdowy - „Łokciem, z buta, łokciem, walcz, dokładnie tak”), czas oczekiwania wydłużany był przez nie kończące się procedury, które ktoś obok podsumował zdaniem „Tu już zaczyna się Polska”.

Chcielibyście przejść na pokład jak pany, klienci SASu, z terminalu wyposażonego w zaawansowaną nowoczesność typu tablica odlotów, rękaw? Zapomnijcie. WizzAir zaprasza na spacer po płycie lotniska („Państwa bezpieczeństwo jest dla nas priorytetem” hehe. Przy okazji, ciekawe ile osób ginie rocznie będąc przejechanym przez samolot; albo „przelecianym”). Chyba, że to zaszczyt? W końcu tak się wita lądujących przedstawicieli zagranicznych misji dyplomatycznych...

Co do bezpieczeństwa, na krótko przed końcem podróży z głośników popłynął głos pilota, informujący m.in., że nad lotniskiem unosi się obecnie lekka mgła. Modliłam się, żeby nie rosły tam żadne brzozy. Ponadto, pierwszy raz stwierdziłam, że pasy bezpieczeństwa nie pełnią jedynie funkcji dekoracyjnej i zadość czyniącej dyrektywom unijnym, ale naprawdę mogą uchronić przed nagłym spotkaniem czoła z siedzeniem przed nami. Mimo mocniejszego szarpnięcia przy lądowaniu, nikomu chyba nic się nie stało, gdyż część pasażerów nagrodziła pana pilota gromkimi brawami (a inna część w odpowiedzi na to wezwała imienia Pana Boga na daremno).

W Gdańsku próbowałam kupić bilet autobusowy z automatu, ale trochę techniki i się człowiek gubi, więc odwracam się do osoby obok, żeby poprosić o pomoc. Patrzę - Borys Szyc! Myślę "nieee, on by nie jeździł autobusem..." Ale no Borys Szyc!

„Przepraszam, czy powie mi pan za ile mniej więcej przystanków będzie Dworzec Główny?” - pytam pewnego Gdańszczanina straciwszy rachubę kiedy stoimy na światłach a kiedy jest przystanek. „Ale ten autobus nie jedzie na Dworzec...” „Czy ty kurczę żartujesz mnie?” - myślę usłyszawszy, że jedzie on w kierunku czegoś w rodzaju gdańskiego Raszyna. „Powiem pani, kiedy wysiąść, żeby było najbliżej.” Po paru przystankach pan przypomniał sobie, że 210-tka jednak jedzie na Dworzec. Gdy ów wyłonił się z ciemności, siedzący obok Rosjanin zapytał, czy to Dworzec. „Tak”, odpowiedziałam zazdroszcząc niezrozumienia mojej rozmowy, a w związku z tym suchych slipków.

„Pociąg wjeżdża na peron...” jest, wydawać by się mogło, zdaniem w czasie teraźniejszym, ale w Poznaniu jest to bliżej nie określony czas przyszły. Uzupełnianie tablic wiszących nad torami danymi o nadjeżdżającym pociągu stało się chyba zbyt mainstreamowe. Wraz z innymi podróżnymi zastanawialiśmy się czy pociąg, na który czekamy w ogóle istnieje (zwłaszcza, że nie istnieje on w internecie, a na stacji docelowej w tym samym czasie i na ten sam tor dociera inny pociąg). Dworzec zamknięty (nie dla psa kiełbasa), do wyboru mamy więc a) marznąć pod gołym niebem, b) marznąć w tunelu, w którym jakiś mózg włączył nawiew ciągnący powietrze z Bieguna Północnego. Wybrawszy cieplejsze miejsce – dwór – męska część podróżnych nie żałowała, gdyż rozrywki dostarczyła jej pani jadąca pociągiem Moskwa-Paryż, zatrzymującym się na dłużej w rzeczonym Poznaniu, która zdawała się nie zauważać okna w jej przedziale i przygotowywała się do kąpieli.

Mimo wszystko, gdy dotarłam do ukochanego domu i wyspałam się, nie liczyły się już żadne niedogodności, i mimo wszystko Polska to najwspanialszy kraj na całym bożym świecie.
koshi | 23 II 2013, 19:54:36 (ponad 7 lat temu) +1 -0 | 2#
Najciekawszą podróżą mojego życia był wyjazd z mężem do miejscowości Interlaken, leżącej w Berneńskim Oberlandzie w Szwajcarii. Długo przygotowywaliśmy się do tego wyjazdu. Zaopatrzyłam się w bezpłatne broszury, w szczegółowe mapy tych terenów oraz w przewodniki. Głównie były to zagraniczne pozycje. Uważam, że warto poznać wcześniej trochę kraj, do którego się jedzie, aby uniknąć przykrych niespodzianek i niedomówień już na miejscu. Wyposażyliśmy się też w ubrania termoaktywne, w wygodne buty trekkingowe na Vibramie. Nie chciałam, aby niewygodne obuwie zepsuło mi cały wyjazd. Kupiliśmy też takie drobiazgi, jak latarka, kubki termiczne, czy wygodny plecak. Stopniowo przygotowywałam się też późniejszego wysiłku fizycznego poprzez codzienne ćwiczenia.
Nasza podróż rozpoczęła się 6 lipca 2010 roku. Dolecieliśmy liniami Swiss do Zurychu i tam zakupiliśmy bilety kolejowe na pociąg ICE, jadący bezpośrednio do Interlaken. Pociąg był szybki, komfortowy, czysty, nowoczesny, a krajobrazy za oknem wprost zachwycały. Na miejscu spotkaliśmy się z przyjemną gościnnością Szwajcara, u którego mieliśmy wykupione noclegi. Bez problemu dogadaliśmy się z nim po angielsku.
Nasz pokój był schludny i czysty. Okazało się, że w pensjonacie mieszkały osoby z całego świata. Chętnie konwersowałam z Wietnamkami, które na każde śniadanie jadły wyłącznie surową kapustę i zapijały zimnym mlekiem. Dziwiło mnie trochę takie połączenie. Ja zawsze przed wyjściem w góry musiałam porządnie zjeść. Braliśmy ze sobą po kilka kanapek z konserwą, napoje oraz batony, gdyż te właśnie dodają energii.
Po zameldowaniu się, poszliśmy na mały spacer po okolicy. Zaczynało się ściemniać, więc mieliśmy niewiele czasu. Udaliśmy się w kierunku Harder Kulm, gdzie na drodze podejścia znajduje się malutkie zoo alpejskie. Ujrzeliśmy tam dwie zagrody: z tłuściutkimi świstakami i koziorożcami. Porobiliśmy zdjęcia, gdyż akurat odbywało się karmienie. Potem ruszyliśmy do miasta, aby zrobić zakupy spożywcze w markecie Coop. Ceny były dość wysokie, ale spodziewaliśmy się tego. Gdy wróciliśmy do pensjonatu, dostrzegłam, że mamy z okna widok na Harder Kulm, a na szczycie świeci się światło w tamtejszej restauracji.
Rano zapowiadała się bardzo ładna pogoda, więc ruszyliśmy pieszo na szczyt Harder Kulm. Szczyt ten ma wysokość 1,322 m n.p.m, czyli nie była to jakaś wyjątkowo wymagająca wycieczka, a raczej bardziej jako wprawa do dłuższych wyjść. W trakcie wędrówki prostą, rozjeżdżoną, szutrową drogą, odsłaniał się przed nami coraz bardziej majestatyczny widok na położone poniżej jeziora Thun i Brienz, jak również na całe miasteczko. Co chwilę mijaliśmy trasę kolejki zębatej, która wywoziła ludzi na sam szczyt. Wkrótce i my tam dotarliśmy. Stoi tam słynna restauracja ze sporym tarasem, robiącym za punkt widokowy oraz tablica, na której dokładnie rozpisane są szczyty, które widzi się przed oczami. Przeżyłam niemały szok, że okoliczne szczyty są aż tak wysokie. Mogłam zobaczyć w pełnej okazałości: Mnicha, Eiger i Jungfrau, całe w śniegu. Pod nami błyszczały turkusowe jeziora, miejskie domki wydawały się maleńkie. W restauracji zaopatrzyliśmy się w mój ulubiony napój - Rivellę. Było tak pięknie, że nie chciało się schodzić. Będąc już na dole, odwiedziliśmy nasze znajome świstaki. Były dość płochliwe i nawoływały się sympatycznym świstem. Przeszliśmy się jeszcze po mieście, po czym wróciliśmy do pensjonatu. Wieczorne światełko w restauracji na szczycie teraz wydawało się już znajome.
8 lipca wyruszyliśmy na szczyt Jungfrau. Pojechaliśmy tam najwyżej położoną w Europie kolejką zębatą (3454 m n.p.m.). Przeważali w niej pasażerowie z Azji, a przez całą drogę wyświetlany był film o historii tej kolei. Przy pierwszym postoju można wysiąść i popatrzeć na przerażającą ścianę Eigeru, a przy drugim na Eismeer, czyli morze lodu na wysokości 3160 m n.p.m.. Już na miejscu znajduje się grota lodowa, a w niej wydrążone różne zwierzęta i postaci oraz obserwatorium astronomiczne Sfinks, z którego można spojrzeć w dół na doliny. Wszędzie jest pełno śniegu i przy tak silnym słońcu konieczne są okulary. Uśmiałam się ze strojów niektórych osób, gdyż były to klapki, japonki, szpilki i letnie sukienki. Kiedy zobaczyłam dziewczynę, która w tych szpilkach próbowała iść po śniegu, strzepując go co chwila z gołych stóp i głośno przeklinając, trudno mi było zachować powagę. Chyba nie była ona świadoma warunków, jakie panują na górze.
Przy głównym wyjściu jest taras z niesamowitym widokiem i rozpisanymi na planszy szczytami. W oddali widać lodowiec Aletsch, największy lodowiec Alp, o długości 23,6 km. Napotykamy na wyspecjalizowanych wspinaczy, którzy umieją właśnie chodzić po takich lodowcach, unikać złowrogich szczelin. Niektórzy z nich wracają wykończeni z okolicznych szczytów, mając na ramionach zawieszone grube liny. Ale wracając do tarasu… Przesiadują tam oswojone ptaki o czarnym upierzeniu i żółtym dziobku – wieszczki. Po zejściu z tarasu, najpierw natrafia się na miejsce zabaw, gdzie można przejechać się kawałek na linie zawieszonej wysoko (na szelkach). Jazda jest dość szybka, więc przy dalszym spacerze towarzyszy nam wrzask przerażonych lub zafascynowanych kobiet, które są w trakcie wypróbowywania tego wynalazku. Kawałek dalej znajduje się lądowisko helikopterów i odbywają się loty widokowe niedużym samolotem. Dochodzimy do schroniska, gdzie można spotkać wspinaczy z prawdziwego zdarzenia i wisi pełno górskich sprzętów. Wracamy szybko, ponieważ ostatni pociąg jest nie tak późno. Udaje nam się zdążyć.
9 lipca wędrujemy szlakiem u stóp potężnej ściany Eigeru. Dojeżdża się najpierw pociągiem do Kleine Scheidegg, a potem już idzie pieszo do Grindelwaldu. Jest to wycieczka na cały dzień. Ściana przeraża, gdyż zasłania wszelkie promienie słoneczne i czuć przejmujący chłód. Wspinacze próbują swoich sił z walce ze nią. Na tablicy ostrzegawczej pisze, żeby nie podchodzić, bo z góry lecą kamienie. Są też rozrysowane drogi, wyznaczone do tej pory na tej ścianie. Patrzę z podziwem na tych dzielnych wspinaczy - ludzi z pasją. Niektórzy towarzyszący nam turyści układają z kamyków na pamiątkę różne wieżyczki. Krajobraz stopniowo nabiera barw, w oddali szumi wodospad, latają motyle, kwitną przepiękne alpejskie kwiaty. Udajemy się do Grindelwaldu, a po drodze natrafiamy już na kanion, gdzie wśród wysokich ścian płynie rzeka. Chodzi się tam po platformach i drogami wydrążonymi w skale, jest zimno i wieje, woda huczy tak, że już z daleka daje znać o sobie. Stamtąd czeka nas jeszcze całkiem długa droga na dworzec w Grindelwaldzie.
10 lipca odpoczywamy, gdyż właściciel dał nam bon zniżkowy na pływanie statkiem po jeziorze Brienz i Thun. Byłam zaskoczona idealnym zgraniem środków transportu w Szwajcarii. Najpierw pływaliśmy po jeziorze Brienz. Wokoło skałki, zameczki, kolejki zębate, wodospady. Potem, już na jeziorze Thun, rozpętała się potworna burza, której nikt się ponoć nie spodziewał. Stateczkiem szarpało na wszystkie strony, strasznie dmuchało i przechodziła ściana wody, więc schowaliśmy się do środka. Można było posiedzieć w eleganckim wnętrzu i napić się herbaty. W metalowy słup, który znajdował się na okolicznym szczycie, uderzył piorun. Widziałam to doskonale. W rejonie wiosek, straż przybrzeżna próbowała wyciągać na brzeg pozatapiane łódki. Nie wyglądało to ciekawie. Potem pogoda się trochę uspokoiła i normalnie kontynuowaliśmy podróż.
11 lipca okazał się szarym i ponurym dniem, dlatego też nie poszliśmy w góry, tylko pojechaliśmy do Lauterbrunnen, aby dotrzeć doliną do Trümmelbachfälle (podziemnego wodospadu z wieloma kaskadami). Ogromne ilości wody z masywu Jungfrau przepływały tu, tworząc bębniące wodospady. W tym pięknym miejscu, huk był tak przeogromny, że na rozmowę prawie nie było szans.
koshi | 23 II 2013, 19:56:16 (ponad 7 lat temu) +1 -0 | 3#
Ciąg dalszy... (nie zmieściło się w jednym komentarzu:))
12 lipca udaliśmy się na Schynige Platte, do ogrodu alpejskiego, gdzie można zobaczyć wiele ciekawych gatunków roślin, a nawet zaopatrzyć się w nasiona tych roślin. Tu otrzymałam od męża prześliczną maskotkę świstaka. Pogoda dopisała, więc aż chciało się spacerować. Z punktu widokowego obserwowaliśmy jeziora położone w dole. Zdecydowaliśmy się schodzić pieszo, gdyż godzina była jeszcze wczesna. Zejście wiedzie mało wydeptanymi dróżkami, stąd łatwo się zgubić, po drodze otwiera się też bramki, aby przejść dalej. Zaczynam mieć wątpliwości, czy powinniśmy iść dalej. Na drodze leżą nawet przewrócone drzewa, ale jest to normalny szlak, gdyż widnieje na mapie i są znaki na drzewach. Natrafiamy na maleńką stacyjkę, gdzie odbywa się jakieś przedstawienie. Na dworcu czekamy chwilkę na wąsatego kolejarza, który sprzedaje nam cydr (chcemy go wypić później w domu). Śmieje się on życzliwie z mojego kulawego niemieckiego akcentu i życzy nam miłej wędrówki. Siadamy na chwilę, by spojrzeć na roztaczający się piękny krajobraz i aby zrobić sobie zdjęcie ze szwajcarską flagą. Dalsza droga wiedzie przez las. W mijającym nas pociągu, zaskoczona maszynistka, widząc zapewne rzadko spotykanych tu piechurów, macha do nas przez okienko radośnie. Odmachujemy i wędrujemy dalej. Nagle zaczynają zbierać się momentalnie ciemne chmury i robi się nieprzyjemnie. Jesteśmy sami w lesie, nie ma gdzie się schować, a do tego zaczyna padać. Idziemy coraz szybciej, a gdy deszcz przechodzi w ulewę już biegniemy. Mamy przed sobą jeszcze spory kawałek drogi. Zaczepiam butem o korzeń drzewa, ale jakimś cudem utrzymuję równowagę. Deszcz przechodzi w grad, niewiele widać, brakuje mi już tchu, bolą płuca. W tym momencie dostrzegamy jakąś skałkę obok nas z niedużą wnęką. Chowamy się szybko. Tam narzucamy na siebie wszystko, co mamy w plecakach. Jest potwornie zimno, a na dodatek przemokliśmy na wskroś. Grad staje się coraz grubszy, trochę dolatuje go do nas. Boję się. Naprzeciwko nas stoi drzewo przełamane w pół, pewnie podczas poprzedniej burzy. Błyska tak silnie, że robi się biało, a grzmoty ogłuszają. Burza trzyma nas w tej wnęce jakieś dwie godziny, a ubranie na szczęście trochę w tym czasie przesycha. Przy mniejszym deszczu decydujemy się schodzić. Zajmuje nam to ponad godzinę, wciąż idziemy przez las. Zastanawiam się, jakim cudem wtedy trafiliśmy na tamtą jaskinkę, bo tu po drodze już niczego więcej takiego nie ma. Mieliśmy szczęście. W końcu dochodzimy do zadaszonego mostku na rzece. Woda już się przelewa i stoi tam też kilka osób. Nie zatrzymujemy się, bo do miasta jeszcze z jakiś kilometr, a już późna pora. Droga wiedzie przez lotnisko sportowe i gdy jesteśmy w połowie drogi, znów się zaczyna. Na otwartej przestrzeni tak błyska, że aż oślepia. Nie ma co wracać na mostek, trzeba biec do przodu. Nie wiem, skąd zebrałam w sobie aż tyle siły, by dobiec do miasta. Kiedy zaszliśmy do sklepu po zakupy, sprzedawczyni uśmiała się widząc nas całych mokrych. Uświadomiła nam, że w tym roku jest jakaś nietypowa pogoda, że już kolejny dzień nie spodziewano się burzy. Gdybyśmy rano wiedzieli z prognozy, że zanosi się na burzę, na pewno nie porywalibyśmy się na pieszy powrót. Z jednej strony mieliśmy niezłą przygodę, ale z drugiej mam uraz do burz do tej pory. Przyjemnie było wejść do nagrzanego pensjonatu, gdzie czekały na nas świeże ręczniki. Właściciel wymieniał je codziennie we wszystkich pokojach, czym byliśmy mile zaskoczeni. W domu unosił się też zapach fondue.
13 lipca pojechaliśmy do Jaskini Beatusa. Przewodnik mówił w kilku językach, przez co każdy mógł go zrozumieć. Widzieliśmy przepiękne stalaktyty i stalagmity. Była to ciekawa odmiana wobec wcześniejszych, czysto górskich wyjść.
14 lipca udaliśmy się na Faulhorn, najpierw normalną koleją z Interlaken do Grindelwaldu, a stamtąd na First najdłuższą w Europie kolejką gondolową. Z First dotarliśmy nad Jezioro Bachalpsee. Dalej czekała nas mozolna wędrówka pod górę do hotelu na Faulhornie. Wokoło nas roztaczał się bajeczny widok. Na miejscu mąż zafundował mi naleśnik z malinami, który smakował wyśmienicie. Pochwaliłam kuchnię za tak doskonały posiłek. Wróciliśmy trochę inną trasą, przez urokliwe łąki alpejskie. Tam znów zanosiło się na burzę, ale jakoś chmury się rozeszły. Ogólnie na pogodę na wyjeździe nie mieliśmy, co narzekać. Na kolejkę gondolową nie było zbyt wielu chętnych, ale do nas dosiadła się w ostatniej chwili jakaś kobieta, a przerażenie malowało się na jej twarzy. Chyba bała się sama jechać, dlatego przyłączyła się do nas. Przy każdym machnięciu gondoli, wpadała w popłoch. My cieszyliśmy się z pięknych widoków, a ona patrzyła na nas, jak na dziwaków.
15 lipca spędziliśmy na kupowaniu pamiątek. W sklepach w centrum Interlaken jest wiele drobiazgów, więc trudno się zdecydować na coś konkretnego. Kupiliśmy z mężem markowe scyzoryki, na których wykonano nam grawer z naszym nazwiskiem. Nabyłam też nasiona roślin alpejskich, ale potem w Polsce nic z tego nie wyrosło, pewnie klimat był nieodpowiedni.
16 lipca czekał nas smutny powrót do domu. Rano odwiedziliśmy jeszcze świstaki, wymieniliśmy grzeczności z gospodarzem pensjonatu i ruszyliśmy w podróż powrotną. Czułam żal, że to już koniec, ale cieszyłam się też, że nasz pobyt wykorzystaliśmy maksymalnie. Zobaczyliśmy wszystkie miejsca, jakie miałam wcześniej w planach. Wyjazd wart był wydanych dość sporych pieniędzy. Wspomnienia wysokich gór, turkusowych jezior i malowniczych alpejskich dolin pozostaną nam na całe życie.
kajusiaozim | 27 II 2013, 18:20:44 (ponad 7 lat temu) +0 -0 | 4#
Z podróży, którą opiszę wróciłam w ten poniedziałek, więc moje wspomnienia są bardzo świeże i wyraziste. Była to wycieczka pełna przygód, mimo że niezbyt długa ani egzotyczna. Pojechałam do naszego polskiego, pięknego miasta, jakim jest Wrocław.
Wyruszyliśmy z Warszawy w piątek wieczorem w grupie pięciu dobrych znajomych ze studiów, samochodem jednego z uczestników wyjazdu. Niestety miałam wątpliwą przyjemność siedzenia 6 godzin na środkowym miejscu tylnego fotela auta ale czego się nie robi dla przygody. Pierwszym nieoczekiwanym zdarzeniem, które nas spotkało było nagłe wyskoczenie sarny przed maskę samochodu. Na szczęście nasz kierowca nie jechał zbyt szybko i wykazał się refleksem odbijając autem na lewą stronę jezdni, w wyniku czego uniknęliśmy zderzenia ze zwierzęciem, które skończyłoby naszą podróż zanim na dobre się nie zaczęła. Po krótkim postoju kojącym nasze nerwy, ruszyliśmy dalej. Zaczął padać śnieg, co skutecznie nas spowolniło. Do Wrocławia dotarliśmy ok. godziny 1 w nocy. Szukając apartamentu, który wynajęliśmy błądziliśmy jednokierunkowymi uliczkami w centrum miasta. W pewnym momencie usłyszeliśmy odgłos przypominający rozbicie skorupki jajka. Nie mieliśmy pojęcia co się stało do momentu, gdy się odwróciłam i spojrzałam na tylną szybę. Gładka do tej pory powierzchnia szyby była teraz w maczku. Do teraz nie mamy pojęcia co się stało i dlaczego się rozsypała. Klucząc po brukowych uliczkach miasta słyszeliśmy postępujące trzeszczenie ciągle pękającego szkła. Na miejsce dotarliśmy w czapkach i kapturach, za to z wielką pustką za plecami.
Wynajęty przez nas apartament był ogromny i znajdował się w ścisłym centrum miasta, parę metrów od starego rynku. Znajdował się na 7 piętrze bloku, na które musieliśmy wejść pieszo, gdyż winda odmówiła posłuszeństwa.
Następnego dnia od rana musieliśmy zająć się samochodem. Chłopaki poszli do pobliskiego sklepu po stretch, którym to owinęliśmy puste miejsce po szybie. Po dokonaniu tego karkołomnego, wbrew pozorom, czynu wyruszyliśmy na podbój miasta. Wrocław jest bardzo dużym, przestronnym i pięknym zakątkiem Polski. Pochodziliśmy trochę po rynku oglądając piękne zabytkowe kamieniczki, ogromny ratusz łączący cechy gotyku i renesansu. Posiada on szczególną wschodnią fasadę z ceramicznym, bogato zdobionym szczytem i zegarem astronomicznym. Gdy przemokliśmy (ciągle padał śnieg) i zmęczyliśmy się, wstąpiliśmy na piwo do najstarszej wrocławskiej karczmy „Piwnica Świdnicka”, która mieści się właśnie w ratuszu. Gdy opuściliśmy to urokliwe miejsce, przechadzając się po starówce, szukałam malutkich pomniczków krasnoludków, które ukrywały się przed naszym wzrokiem w pobliżu restauracji i sklepów. Znalazłam tylko 24, a podobno w całym Wrocławiu jest ich ponad 200. Nikt tak naprawdę nie wie ile ich dokładnie jest. Zmęczeni uporczywie padającym śniegiem, ruszyliśmy w stronę Muzeum Narodowego, aby w pobliskiej betonowej rotundzie obejrzeć osławioną „Panoramę Racławicką” Jana Styki i Wojciecha Kossaka. Wracając do naszego lokum, wstąpiliśmy do restauracji na późny obiad.
Życie na rynku tętni zarówno w dzień jak i w nocy. Ludzie bawią się całą dobę. Wszędzie można spotkać przebierańców, spóźnionych przechodniów i wariatów. Gdy wyruszyliśmy do klubu ok. godziny 23 spotkaliśmy: grupę dziewczyn przebranych za kwiatki i chłopaka będącego ich ogrodnikiem w zielonych ogrodniczkach i kapeluszu z piórkiem bażanta, faceta przebranego za zielone irlandzkie piwo, a także starszą kobietę (na oko 60 lat) niosącą na ramieniu magnetofon, z którego dobywała się głośna muzyka i zapraszającą na jej darmową, prywatną, dyskotekę na ulicy. Klub, w którym zagościliśmy mi bardzo się podobał. Miał bardzo specyficzny klimat, który lubię. Dawno się tak dobrze nie bawiłam.
Niestety nazajutrz musieliśmy, po krótkim spacerze, opuścić to urokliwe miasto. Wyjeżdżałam z niego z myślą, że gdy ruszy wegetacja roślin i zrobi się cieplej na pewno tu powrócę jeszcze w tym roku.
Tiim | 01 III 2013, 14:59:58 (ponad 7 lat temu) +0 -0 | 5#
Moja najciekawsza podróż różniła się dość znacznie od wyżej opisywanych. Ważne jest tutaj to, że określenie „ciekawa” nie jest równoznaczne ze „szczęśliwa”. Do ostatniego razu tak właśnie myślałem, że podczas wycieczki nie ma za bardzo co złego się stać, w końcu jedzie się ze znajomymi odpocząć. Do tej pory jest mi przykro, gdy o tym myślę.
Przechodząc do meritum sprawy. W wakacje 2012 zamierzałem się wybrać z paczką najbliższych przyjaciół do Rimini we Włoszech na obóz młodzieżowy. Nie spodziewałem się, że na końcu podróży będę strasznie zdołowany aktualną sytuacją. Początek nie był najgorszy – w końcu przed wyjazdem zdążyłem się pożegnać z dziewczyną na której mi zależało, choć dzień wcześniej miałem okazję, ale tego nie zrobiłem bo najzwyczajniej w świecie się przestraszyłem, a dziś wiem, że to było głupie. Podróż przebiegła jak najbardziej pomyślnie i bezproblemowo, choć już wtedy zaczęły do mnie docierać delikatne sygnały braku akceptacji. Podróż przez wszystkie kraje była dość ciekawa. Najlepiej wspominam poranek w autobusie, gdy wyjrzałem przez zasłony, a moim oczom ukazały się piękne góry skąpane w lipcowym, włoskim słońcu. Jazda po serpentynach dawała dużo frajdy, i już nie mogłem się doczekać aż dotrzemy do celu. Dość dużych rozmiarów miasteczko Rimini zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie, gdyż w dniu, a jeszcze bardziej nocą ono naprawdę żyło. Byłoby ciężko znaleźć taki klimat w jakimkolwiek innym polskim mieście, a uwierzcie, że zwiedziłem już wiele rodzimych miast, również tych nadmorskich. Podczas obozu mieliśmy kilka wycieczek, najbardziej podobało mi się na wyjeździe do San Marino, gdyż inaczej wyobrażałem sobie to państwo, a rzeczywistość była zupełnie inna. Wysoko położone państwo z przepiękną panoramą na Włochy i Morze Adriatyckie. Bardzo miło było spotkać obywateli San Marino którzy biegle posługiwali się językiem polskim i byli do nas bardzo sympatycznie nastawieni, z resztą jak każdy tamtejszy mieszkaniec. Takiego nastawienia do życia Polacy mogą się uczyć od Włochów. Znakomicie wiedzą jak cieszyć się życiem, a pozytywne myślenie to u nich odruch naturalny. Nie ma co się dziwić skoro ten kraj ma w sobie tyle słońca : ). Włoska Mirabilandia to coś niesamowitego i każdy choć raz powinien się tam znaleźć, niezależnie od wieku – każdy znajdzie coś dla siebie. Osobiście najlepiej wspominam kolejkę górską „Katun”, w której były przeciążenia rzędu kilku G, a gdy siedziało się w pierwszym rzędzie (na który czekało się ponad godzinę…) nie dało się nie krzyczeć. Jak tu nie krzyczeć gdy spadasz pionowo w dół z kilkudziesięciu metrów? Do dziś pamiętam to uczucie i mam nadzieję, że jeszcze długo będę je pamiętał. Podczas przejazdu jedną z kolejek zdarzyła się rzecz dość niespotykana. Gdy jechaliśmy na wysokości 25m kolejka… zatrzymała się. Siedzieliśmy ok. 20 minut nie rozumiejąc co się do nas mówi, ludzie nam machali, my tak samo do nich z uśmiechem na twarzy, jednak niepokój gdzieś pod tą maską się krył. Po tym czasie przyszli panowie z obsługi, rozluźnili nas z zabezpieczeń i polecili zejść drabiną na dół… Najzwyklejsze w świecie uczucie stąpania po ziemi dało nam tyle radość i poczucia bezpieczeństwa jak nic i nikt. W drodze powrotnej wybraliśmy się do Wenecji. Jadąc tam miałem w pamięci ludzi mówiących, że w Wenecji śmierdzi. Jak dla mnie jest to mit, niczym nie śmierdzi… a może to ja się tak zachwyciłem tym miastem, że nie zauważałem jego przywar? To miasto jest jedyne w swoim rodzaju, i to nawet nie tylko przez wszędobylską wodę, ale mnie najbardziej urzekła piękna architektura. Nie ma co się rozpisywać – to trzeba zobaczyć na własne oczy.
We wszystkich tych ekscesach towarzyszyła mi czwórka przyjaciół, jak już wspominałem na początku. Do dziś boli mnie to, że pod koniec wyjazdu staliśmy się zwykłymi kolegami, znajomymi. Do dziś również nie wiem dla czego tak właściwie się to stało. Otóż gdy już byliśmy zakwaterowani w hotelu nagle nasze stosunki uległy diametralnej zmianie. Oni zaczęli się ze mnie podśmiewać, nawet z tych spraw prywatnych które im powierzyłem w zaufaniu. Zaczęliśmy się od siebie odsuwać, ja przestałem z nimi rozmawiać, bo nie było sensu, gdyż i tak by na mnie naskoczyli. O wspólnym spędzaniu czasu nie było mowy, cała czwórka trzymała się razem, a ja byłem gdzieś na uboczu. Za co…? Nie wiem. Nic nikomu nie zrobiłem, żadnemu z nich złego słowa nie powiedziałem. Wydawało mi się, że jest to przyjaźń stała, w końcu znaliśmy się od 9 lat. Rozumiem, gdyby mieli jakiś powód, a nie tak od widzi mi się. Tak wyszło, że wkrótce po przyjeździe do Rimini nie miałem z kim spędzać czasu, patrząc się jak byli „przyjaciele” świetnie się bawią we własnym gronie. Krew mnie zalewa gdy teraz to piszę, jak i na co dzień. Codziennie muszę przypominać sobie tę sytuację gdyż dowiedziałem się, że… z jednym z owych „przyjaciół” od września będę chodził do jednej klasy. Zanim się tego dowiedziałem, to myślałem, że w szkole o wszystkim zapomnę i sytuacja się unormuje, ale na początku było naprawdę ciężko, przynajmniej dla mnie. Teraz utrzymujemy normalne stosunki, bez większych waśni, ale dla mnie psychiczna blizna pozostanie do końca życia. Przyjaźń w życiu była dla mnie czymś najważniejszym, czymś co może przetrwać całe wieki. Naprawdę głęboko w to wierzyłem, a weryfikacja życia dała mi porządnie w kość. Zostałem praktycznie bez niczego, i muszę budować przyjaźnie od nowa.
Zwieńczając tę historię chciałbym powrócić do wątku dziewczyny o której wspomniałem. Kilka dni przed wyjazdem, kiedy jeszcze było wszystko dobrze, rozmawiając z nią naszliśmy na temat związku między nami. Wtedy ona wypowiedziała takie zdanie, że ma za mało przyjaciół, a ja odparłem na to… że ja mam za dużo. Nie wiem, czy był to zbieg okoliczności, czy pokusiłem los by pokazał mi na co go stać. Po moim powrocie koleżanka następnego dnia wyjeżdżała na własne kolonie i tak też nasza znajomość miała lekki kryzys, gdyż potem odzywaliśmy się do siebie sporadycznie. Na szczęście nauczyło mnie to, by nie odrzucać przyjaźni, nawet gdy to nie przyjaźń jest głównym celem w znajomości. Dlatego dziś nadal się przyjaźnimy i nie pozwoliłem by ta znajomość również poszła do kosza. Mimo, że w tej historii niewątpliwie były pozytywne momenty, to strata przyjaciół przesłania wszystko i pod tym znakiem upłynęły mi całe zeszłoroczne wakacje.
kamilka257 | 04 III 2013, 15:19:56 (ponad 7 lat temu) +0 -0 | 6#
Kiedy będą wyniki? Jak zwykle wygrali wszyscy oprócz mnie? = D
koshi | 04 III 2013, 15:25:58 (ponad 7 lat temu) +0 -0 | 7#
Też jeszcze czekam na wynik Ciekawe, czy będę miała szczęście tym razem.
Tiim | 04 III 2013, 15:58:55 (ponad 7 lat temu) +2 -0 | 8#
Przykro mi, że swoją wypowiedzią wprowadziłem element rywalizacji Miejmy nadzieję, że wygrają najlepsze prace i tyle
koshi | 04 III 2013, 16:07:39 (ponad 7 lat temu) +0 -0 | 9#
@Tiim, ja tam cieszę się, że napisałeś, bo konkurs teraz jest bardziej emocjonujący właśnie przez ten element rywalizacji.
Tiim | 04 III 2013, 17:01:31 (ponad 7 lat temu) +1 -0 | 10#
A i dla 3 osób smak zwycięstwa będzie lepiej smakował...
koshi | 04 III 2013, 17:04:20 (ponad 7 lat temu) +0 -0 | 11#
O to właśnie chodzi
BARMAN2005 | 04 III 2013, 18:22:11 (ponad 7 lat temu) +0 -0 | 12#
Książki wygrywają:

@kamilka257
@Tiim
@koshi

Przypominam, że jeśli w ciągu 3 dni laureat nie potwierdzi chęci odebrania nagrody to przepada ona na rzecz innej osoby lub organizatora konkursu! Z laureatami skontaktujemy się drogą mailową poprzez adres podany podczas rejestracji.
koshi | 04 III 2013, 18:27:20 (ponad 7 lat temu) +0 -0 | 13#
Dziękuję pięknie za wyróżnienie i czekam na maila


Wszystkich odpowiedzi: 13

Grupa: Oficjalna grupa webook.pl

Oficjalna grupa webook.pl Organizujemy tutaj konkursy. Jest to także grupa, w której można zgłaszać pomysły odnośnie portalu webook.pl. Tutaj zgłosisz nam duplikaty książek lub autorów. Możecie tutaj śmiało pisać o waszych spostrzeżeniach odnośnie projektu webook.
Typ grupy: Otwarta
Dołączenie: każdy może dołączyć
Założyciel: Artur
Utworzono: 06 IX 2009, 21:16:29
(ponad 10 lat temu)
Kategoria: Pozostałe (grup: 9)
Tematów: 86
Członkowie: 436 (pokaż członków grupy)

Dyskusję obserwują

Użytkownicy obserwujący dyskusję (3):

Informacja podświetlona na zielono oznaczają, że użytkownik widział wszystkie nowe posty w tym temacie. Natomiast informacja czerwona oznacza, że jeszcze nie czytał najnowszych postów.

przeczytał
BARMAN2005
przeczytał
koshi
przeczytał
kajusiaozim

Menu

Szukaj. Aby znaleźć grupę lub temat wybierz jedną z kategorii poniżej, a nad listą grup/tematów będzie widoczne pole wyszukiwania.
START: Kategorie grup

Nowe grupy dyskusyjne
    - Nowo dodane tematy
    - Nowe wypowiedzi w tematach

Ranking tagów opisujących grupy