Kup książkę [edytuj książkę]

Kanion Tyranozaura

Skała księżycowa, która się zapodziała 30 lat temu? Pięć wiader przesiąkniętego krwią piasku z kanionu w Nowym Meksyku? Naukowiec gotów iść po trupach? Mnich, który uratuje świat? Podejrzana agencja? Największe odkrycie naukowe wszech czasów? Co przybyło z kosmosu na Ziemię w ognistej kuli, która miliony lat temu spadła w dolinie na pustkowiu na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych, znanej jako Kanion Tyranozaura?

fragment:

1

Stem Weathers wgramolił się na szczyt Mesa de los Viejos, przywiązał swego osiołka do suchego jałowca, a sam usiadł na zakurzonym głazie. Oddychając ciężko, otarł bandaną pot z karku. Wiatr, stale wiejący na górze płaskiego wzniesienia, szarpał mu brodę i stanowił przyjemną odmianę po gorącym, nieruchomym powietrzu, zalegającym w kanionach.

Stem wydmuchał nos i schował bandanę z powrotem do kieszeni. Patrząc na znajome, charakterystyczne elementy krajobrazu, w duchu wymieniał ich nazwy. Kanion Daggett, Skały Zachodu Słońca, Krawędź Nawahów, Płaskowyż Sieroty, Mesa del Yeso, Kanion Snajpera, Błękitna Ziemia, La Cuchilla, badlandy Echo, Białe Miejsce, Czerwone Miejsce i Kanion Tyranozaura. Drzemiący w nim artysta rozkoszował się niesamowitą krainą w kolorach złota, różu i fioletu; ale geolog widział szereg płaskowyżów z uskokami tektonicznymi z okresu górnej kredy, nachylonych, popękanych, obnażonych, zniszczonych przez upływ czasu, jakby dawno temu obrócono te okolice w perzynę, zostawiając rumowisko jaskrawo ubarwionych bloków skalnych.

Weathers wyciągnął z zatłuszczonej kieszonki kamizelki paczkę tytoniu Bull Durham i skręcił papierosa sękatymi, czarnymi od brudu palcami; paznokcie miał połamane i pożółkłe. Potarł zapałkę o nogawkę spodni, zapalił skręta i głęboko się zaciągnął. Przez ostatnie dwa tygodnie wydzielał sobie tytoń, ale teraz mógł zaszaleć.

Całe dotychczasowe życie Stema stanowiło prolog do tego pełnego wrażeń tygodnia.

Jego los w ułamku sekundy się odmieni. Stem pogodzi się ze swoją córką Robbie, przywiezie ją tutaj i pokaże jej swoje znalezisko. Robbie wybaczy mu jego obsesje, jego brak stabilizacji życiowej, jego wieczne nieobecności. Tym znaleziskiem Stem się zrehabilituje. Nigdy nie mógł dać Robbie tego, czego inni ojcowie nie żałowali swoim córkom - pieniędzy na studia, samochód, czynsz. Teraz nie będzie już musiała dorabiać jako kelnerka w Czerwonym Homarze, bo on sfinansuje pracownię artystyczną oraz galerię, o których marzyła.

Weathers spojrzał spod przymrużonych powiek na słońce. Do zachodu zostały dwie godziny. Jeśli zaraz nie wyruszy w drogę powrotną, nie dotrze przed zmrokiem nad rzekę Chama. Salt, jego osiołek, nie pił przez cały dzień, a Weathers nie chciał zostać na tym pustkowiu z martwym zwierzęciem. Przyglądał się osłu drzemiącemu w cieniu, z uszami położonymi po sobie, poruszającemu wargami, jakby śniło mu się coś niemiłego. Weathers niemal poczuł miłość do złośliwej, starej bestii.

Zgasił papierosa i wsunął peta do kieszeni. Pociągnął łyk z manierki, zwilżył wodą bandanę i przetarł nią twarz i szyję, by się ochłodzić. Przerzucił manierkę przez ramię, odwiązał osiołka i poprowadził go na wschód przez płaskowyż z piaskowca. Czterysta metrów dalej Mesa de los Viejos, Płaskowyż Starców, przecinał przyprawiający o zawrót głowy kanion Joaquin. Prowadził ku zawiłej sieci wąwozów, zwanych Labiryntem, a potem zygzakiem docierał do rzeki Chama.

Weathers spojrzał w dół. Dno kanionu spowijał błękitny cień, zupełnie jakby znajdowało się pod wodą. Tam gdzie parów zakręcał i biegł na zachód pomiędzy Płaskowyżem Sieroty a Płaskowyżem Psa, dostrzegł w odległości ośmiu kilometrów szeroką gardziel Labiryntu. Słońce padało na pochylone iglice i ostańce u wejścia do niego.

Przyglądał się uważnie krawędzi, aż znalazł ledwo widoczny szlak, wiodący na dno. Ścieżka była zdradliwa, w wielu miejscach prowadziła przez osuwiska, zmuszając wędrowca do okrążania stromych zboczy o wysokości trzystu metrów. Jedyna droga wiodąca od rzeki Chama do płaskowyżów na wschodzie zniechęcała wszystkich z wyjątkiem najbardziej nieustraszonych.

Co bardzo odpowiadało Weathersowi.

Ostrożnie schodził w dół zbocza i poczuł ulgę, kiedy dotarł do wyżłobionego przez wodę zagłębienia w dnie kanionu. Joaquin Wash zaprowadzi go do wejścia do Labiryntu, a stamtąd nad rzekę Chama. Nad zakolem Chamy powstało naturalne obozowisko; tu rzeka skręcała w prawo, tworząc piaszczystą mierzeję. Można też było w tym miejscu popływać. Kąpiel... dobry pomysł. Jutro po południu będzie już w Abiquiú. Najpierw zadzwoni do Harry'ego Dearborna (kilka dni temu wyczerpała mu się bateria w telefonie), żeby go poinformować... Weathersa aż dreszcz przeszedł na myśl o przekazaniu nowiny.



Szlak w końcu doprowadził go na dno wąwozu. Weathers uniós3 wzrok.

Ściana kanionu była czarna, ale późnopopołudniowe słońce świeciło nad jej krawędzią. Znieruchomiał. Trzysta metrów wyżej stał jakiś człowiek, którego sylwetka wyraźnie odcinała się na tle nieba, i przyglądał mu się.

Zaklął pod nosem. Był to ten sam człowiek, który podążał za nim z Santa Fe na pustkowie Chama dwa tygodnie temu. Tacy ludzie wiedzieli o niezwykłym talencie Weathersa. Byli zbyt leniwi lub głupi, by samodzielnie prowadzić poszukiwania, i mieli nadzieję, że przyjdą na gotowe. Przypomniał sobie mężczyznę: chudzielec na motorze, pozujący na harleyowca. Jechał za nim przez EspaEolę, Abiquiú i Ranczo Upiora, trzymając się dwieście metrów w tyle, nawet nie próbując się ukrywać. Tego samego typka widział na początku swojej wyprawy na pustkowie. Z głową przewiązaną chustą, podążał za nim pieszo od rzeki Chama do Joaquin Wash. Weathers zgubił go w Labiryncie i dotarł na szczyt Płaskowyżu Starców, nim motocyklista odnalazł drogę.

Dwa tygodnie później tamten znów się pojawił - uparty sukinsyn.

Stem Weathers najpierw przyjrzał się uważnie meandrom Joaquin Wash, a potem skalnym iglicom u wejścia do Labiryntu. Znów zgubi go w Labiryncie. I może tym razem łobuz zabłądzi na dobre.

Szedł dnem kanionu, od czasu do czasu oglądając się za siebie. Mężczyzna jednak, zamiast podążać za nim, zniknął. Może myślał, że zna szybszą drogę w dół.

Weathers się uśmiechnął, bo nie było innego szlaku, prowadzącego na dno wąwozu.

Po godzinie wędrówki wzdłuż Joaquin Wash poczuł, że minęły mu złość i niepokój. Ten gość to amator. Nie pierwszy raz jakiś głupiec podążał za nim na pustynię jedynie po to, by zabłądzić. Wszyscy oni chcieli być tacy jak Stem, ale na próżno. On poświęcił temu zajęciu całe swoje życie i miał szósty zmysł. To jedyne wyjaśnienie. Nie wyczytał tego w podręczniku ani nie nauczył się na studium podyplomowym, ale i tak nie mogli mu dorównać wszyscy ci doktorzy, uzbrojeni w mapy geologiczne i zobrazowania powierzchni Ziemi, uzyskane dzięki radarom z aperturą syntetyczną w paśmie C. Odnosił sukcesy tam, gdzie oni przegrywali, a miał do dyspozycji jedynie osła i wykonany chałupniczym sposobem georadar, w którym za rejestrator służył mu poczciwy IBM 286. Nic dziwnego, że go nienawidzili.

Weathers odzyskał dobry humor. Ten łobuz nie zepsuje mu najwspanialszego tygodnia jego życia. Osioł przystanął, Weathers nalał trochę wody do kapelusza, dał się zwierzęciu napić, a potem przekleństwami zmusił je do dalszego marszu. Labirynt był tuż-tuż, niebawem tam dotrą. W głębi Labiryntu, w pobliżu Dwóch Skał, była rzadko tu występująca woda. Ściekała ze skalnej półki, porośniętej adiantum, do prastarego zbiornika, wyżłobionego w piaskowcu przez Indian. Weathers postanowił rozbić obóz tam, a nie nad zakolem rzeki Chama, gdzie będzie stanowił łatwy cel. Lepiej dmuchać na zimne.

Okrążył wielką skalną kolumnę u wejścia. Nad nim wznosiły się trzystumetrowej wysokości ściany kanionu ze zwietrzałego piaskowca, majestatyczna Formacja Entrada, sprasowane pozostałości pustyni jurajskiej. W kanionie panował chłód i cisza jak we wnętrzu go-

tyckiej katedry. Wciągnął głęboko w płuca powietrze przesycone

zapachem tamaryszku. W górze, w miarę jak słońce chyliło się ku zachodowi, ostańce zmieniały barwę ze srebrzystobiałej na złotą.

Zapuścił się w plątaninę wąwozów, tam gdzie Wiszący Kanion łączył się z Kanionem Meksykańskim - było to pierwsze z wielu odgałęzień. Nawet mapa na nic by się nie zdała w Labiryncie. A głębokość parowów sprawiała, że GPS i telefony satelitarne stawały się bezużyteczne.

Pierwsza kula trafiła Weathersa w ramię od tyłu. Bardziej to przypominało cios pięścią niż postrzał. Padł na ręce i nogi, kompletnie zaskoczony. Dopiero kiedy rozległ się huk i odbił się echem od ścian kanionów, dotarło do niego, że ktoś do niego strzelił. Jeszcze nie czuł bólu, tylko odrętwienie, ale zobaczył roztrzaskaną kość, sterczącą z rozerwanej koszuli, i krew na piasku.

Jezu Chryste.

Kiedy z trudem się podniósł, druga kula wzbiła piasek tuż obok niego. Strzały padały z góry i na prawo od niego. Musiał wrócić do kanionu odległego o dwieście metrów i skalnej kolumny. Tylko za nią mógł się ukryć. Popędził co sił w nogach.

Trzecia kula wzbiła piasek przed nim. Weathers biegł, uznawszy, że nadal nie jest bez szans. Napastnik zaatakował go z góry, zajmie mu kilka godzin zejście na dół. Jeśli Weathers dotrze do tej kamiennej kolumny, może uda mu się umknąć. Może nawet przeżyje. Biegł zygzakiem, czuł nieznośny ból w płucach. Pięćdziesiąt metrów, czterdzieści, trzydzieści...

Usłyszał strzał dopiero wtedy, gdy poczuł, że kula trafiła go w krzyż, i zobaczył własne wnętrzności, wypadające na piasek. Siła bezwładności rzuciła go na ziemię. Próbował wstać, szlochając i drapiąc pazurami, wściekły, że ktoś ukradnie jego znalezisko. Skręcał się z bólu, skowycząc, ściskał notes, pragnąc go wyrzucić, ukryć, zniszczyć, by nie wpadł w ręce zabójcy. Ale nie miał go gdzie schować, a potem jakby pogrążył się we śnie, nie mógł już myśleć, nie mógł się poruszyć...



2





Tom Broadbent ściągnął konia. Cztery strzały przetoczyły się wzdłuż Joaquin Wash. Padły w jednym z głębokich kanionów na wschód od rzeki. Zaintrygowało go to. Sezon łowiecki już się skończył, a nikt przy zdrowych zmysłach nie strzelałby w tych wąwozach do celu.

Spojrzał na zegarek. Ósma. Słońce dopiero co skryło się za horyzontem. Miał wrażenie, że odgłosy wystrzałów dobiegły od strony kilku ostańców u wylotu Labiryntu. Dotarcie tam na koniu zajmie mu nie więcej niż piętnaście minut. Zdąży pojechać i wrócić. Wkrótce na niebie pojawi się księżyc w pełni, a jego żona, Sally, i tak nie spodziewa się go przed północą.

Zawrócił Knocka, swojego konia, w górę kamienistego koryta i ku wylotowi kanionu, podążając za świeżymi śladami piechura i osła. Kiedy wyłonił się zza zakrętu, ujrzał przed sobą na ziemi ciemną sylwetkę mężczyzny leżącego na brzuchu.

Podjechał do niego, zeskoczył z siodła i uklęknął przy nim. Serce mu waliło jak młotem. Mężczyzna, postrzelony w plecy i ramię, wciąż krwawił. Tom wymacał tętnicę szyjną, ale nie wyczuł pulsu. Przewrócił rannego na wznak, a wtedy i reszta jego wnętrzności wypadła na ziemię.

Szybko otarł z piasku twarz mężczyzny i zastosował sztuczne oddychanie metodą usta-usta. Pochylił się nad rannym i zrobił mu masaż serca, tak energicznie naciskając klatkę piersiową, że niemal połamał mu żebra. Raz, dwa, znów sztuczne oddychanie. Z rany wydobyły się bąbelki powietrza. Tom kontynuował reanimację, po chwili ponownie sprawdził tętno.

Nie do wiary: serce znów zaczęło bić.

Nagle mężczyzna uniósł powieki i zaczął się wpatrywać w Toma niebieskimi oczami w pokrytej kurzem, spalonej słońcem twarzy. Z trudem zaczerpnął powietrza, jego oddech był chrapliwy. Poruszył ustami.

- Nie... Ty sukinsynu... - Szerzej otworzył oczy, na jego ustach pojawiły się kropelki krwi.

- Spokojnie - powiedział Tom. - To nie ja strzelałem.

Ranny przyjrzał mu się uważniej i przerażenie malujące się na jego twarzy zastąpiła nadzieja. Mężczyzna przeniósł wzrok na swoją rękę, jakby chciał coś wskazać.

Tom powiódł oczami za spojrzeniem mężczyzny i zobaczył, że ranny ściska w dłoni mały, oprawiony w skórę notes.

- Weź... - wychrypiał mężczyzna.

- Proszę nic nie mówić.

- Weź to...

Tom wziął notes. Okładka lepiła się od krwi.

- To dla Robbie - wykrztusił ranny, wykrzywiając usta z wysiłku. - Mojej córki... Proszę obiecać, że pan go jej odda... Będzie wiedziała, jak to odszukać...

- To?

- ...skarb...

- Proszę teraz o tym nie myśleć. Zabiorę pana stąd. Tylko musi się pan trzymać...

Mężczyzna gwałtownie uczepił się drżącą ręką koszuli Toma.

- To dla niej... Dla Robbie... Proszę jej to dać... Nikomu innemu... Nikomu innemu, a przede wszystkim nie policji... Musi mi pan... obiecać.

- Zdumiewająco mocno szarpnął koszulę Toma - ostatkiem sił konającego.

- Obiecuję.

- Proszę powiedzieć Robbie... że ją...

Jego wzrok zmętniał. Dłoń zwolniła uścisk i osunęła się. Tom zauważył, że mężczyzna przestał również oddychać.

Znów przystąpił do reanimacji. Na próżno. Po dziesięciu minutach daremnych wysiłków rozwiązał bandanę mężczyzny i zakrył nią twarz zmarłego.

Dopiero wtedy dotarło do niego, że zabójca nadal musi być gdzieś blisko. Przeszukał wzrokiem krawędź kanionu i rumowisko. Panowała absolutna cisza, jakby skały postanowiły uczcić pamięć zmarłego. Gdzie jest zabójca? Nie widział w pobliżu innych śladów poza tymi, które zostawił poszukiwacz skarbów i jego osioł. Zwierzę stało sto metrów dalej, wciąż objuczone, i spało. Morderca ma broń i znajduje się gdzieś wyżej. Możliwe, że nawet w tej chwili obserwuje Broadbenta.

Trzeba stąd wiać. Wstał, ujął wodze, dosiadł konia i ścisnął mu boki. Koń ruszył galopem dnem kanionu, okrążywszy wejście do Labiryntu. Dopiero kiedy Tom się znalazł w połowie wyschniętego Joaquin Wash, pozwolił przejść koniowi w kłus. Wielka, pyzata twarz księżyca wisiała na wschodnim niebie, oświetlając piaszczyste koryto.

Jeśli pogna co koń wyskoczy, za dwie godziny będzie w Abiquiú.

[edytuj opis]

Przeczytaj książkę

Przewiń: [] []

Czytelnicy tej książki polecają

[dodaj cytat]

Popularne cytaty

Do tej książki nie dodano jeszcze ani jednego cytatu.
[dodaj temat]

Dyskusje o książce

Do tej książki nie założono jeszcze ani jednego tematu dyskusji.
[dodaj komentarz]

Komentarze czytelników

Do tej książki nie dodano jeszcze ani jednego komentarza.

Komentarze użytkowników Facebooka

[edytuj informacje]O książce

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2005
ISBN: 978-83-7469-506-0
Ocena: 5.5
Liczba głosów: 1
Oceń tę książkę:

Kto dodał książkę do bazy?

Dodał: gosiaq143
08 VII 2010 (ponad 6 lat temu)

[edytuj tagi]Tagi

Możesz dodawać nowe lub edytować istniejące tagi opisujące książkę. Pamiętaj tylko, że tagi powinny być pisane małymi literami oraz być dodawane pojedynczo:

Czytelnicy

Pokaż osoby, które tę książkę:

Przeczytały Planują przeczytać
Lubią Teraz czytają